Ideowy Antysemityzm NSZ – wspomnienie uciekiniera z getta

Fragment wspomnień Pawła Lwa Marka, działacza Anarchistycznej Federacji Polski, uczestnika obrony Warszawy w 1939, uciekiniera z getta, uczestnika Powstania Warszawskiego.

W ostatniej klasie był jeden bardzo niski uczeń, który dawał mi niejednokrotnie do zrozumienia, że jest narodowcem, że nie bierze udziału w konspiracji, ale uważa, że podziemna nauka jest też walką i że wszyscy tu więcej narażamy się niż żołnierze AK, bo codziennie i to w dużej grupie.

Przebywał zawsze w towarzystwie dwóch znanych w klasie NSZ-towców i przez to nie wdawałem się z nim w żadne polityczne rozmowy. On natomiast lubił ze mną rozmawiać i po to zdaje się przychodził wcześniej przed rozpoczęciem lekcji. Z czasem wykryłem wśród uczniów jeszcze jednego NSZ-towca, którego nazwiska nie pamiętam, chociaż podczas Powstania Warszawskiego zetknąłem się z nim bardzo blisko.

Pewnego popołudnia przeszedł do szkoły były uczeń F. Widziałem go po raz pierwszy. Machnął ręką z sympatycznym uśmiechem i pobiegł na korytarz, gdzie uczniowie przebywali teraz podczas pauzy. Poszedłem za nim, bo nie wiedziałem kto zacz, a on stał już w kącie z drugim kompanem. Wiedziałem już z kim mam do czynienia. NSZ też miała widać na terenie szkoły swoją czynną komórkę, która wyraźnie wybijała się w robieniu propagandy. Oni byli inicjatorami wszystkich gorących dyskusji. Wróciłem z powrotem do drzwi i czekałem aż ten młodzieniec wyjdzie. Zadzwoniłem, ale widać mieli coś dłuższego do omówienia, a nauczyciele nie zwracali uwagi, czy ktoś przedłużył sobie pauzę, zwłaszcza gdy widzieli obcego człowieka. Po dłuższym czasie chłopak zjawił się uśmiechnięty i przywitał się ze mną.

– Federowicz jestem. Koledzy powiedzieli mi panie Marku, że jest pan swój chłop.

Aż mnie zatkało. Lekki dreszcz przeszedł mnie od stóp do głowy i pierwszy raz poczułem się nieswojo wobec nowo poznanego człowieka, jak gdybym przeczuwał, że przez niego będę jeszcze miał kłopoty. Trzymałem się oficjalnego tonu.

– Oderwał pan kolegów od lekcji, a profesor Langiewicz tego nie lubi.

– Ech – machnął ręką – profesor Langiewicz jest też swój chłop, a są dziś sprawy ważniejsze niż matematyka. Niech się pan nie gniewa.

Wieczorem przy pożegnaniu powiedziałem o tym profesorowi, a ten lekceważąco machnął ręką.

– To dobry chłopak, tylko ma przewrócone w głowie. Gdyby przy kołysce jego narodzin stał komunista, byłby komunistą. To fanatyk. Takiemu nikt nic nie przetłumaczy. Chyba życie.

I faktem jest, że do NSZ trafiało wielu młodych ludzi stawiających pierwsze kroki, bo wpadli w sieć organizacji, która nie wymagała od ludzi wiele odwagi, a potrafiła zaapelować do najbardziej prymitywnych uczuć nacjonalistycznych i religijnych. Było niebezpiecznie z nimi dyskutować z nimi i ostrożnie podawałem im konkretne wiadomości bez komentarzy, starając się w ten sposób poruszyć w nich strunę przyzwoitości i siać zwątpienie. Najtrudniej mi było słuchać ich rozmów na tematy żydowskie, pozbawione najmniejszego odruchu współczucia. S. powiedział do mnie, że instynktownie pozna każdego Żyda, jakby się ten nie przebrał. Zapytałem go dlaczego nie idzie w służbę do Niemców, z takim instynktem mógłby dobrze zarabiać.

– Ja jestem ideowym antysemitą – odpowiedział – i sami teraz bez Niemców damy sobie radę.

Ocierali się ci NSZ-towcy o mnie, chociaż ich unikałem, mieli do mnie jakąś wyjątkową słabość. Chyba tylko mój wiek powstrzymywał ich od tego, aby mi zrobić propozycję przystąpienia do nich.

*******************************

Nadeszła pierwsza rocznica zakończenia powstania w getcie. Gazetki przynosiły wzmianki. Padło wiele wzniosłych słów. A dla mnie to było już tak odległe. Będąc nadal pod groźbą śmierci, słyszałem w ciągu tego roku o coraz to nowych wysypach. Powstanie w getcie nie zlikwidowało cierpień tysięcy ukrywających się ludzi. Najboleśniej odczuwałem fakt, że po tym heroicznym marszu ku śmierci na ulicach Warszawy bezkarnie grasowały różne szumowiny, które z chęci zysku likwidowały resztki uratowanych. To był dla mnie najboleśniejszy problem i chociaż mało się o tym mówi, miało to zjawisko swe korzenie w rozplenionym antysemityzmie, który nie otrzymał dostatecznego odporu postępowej części społeczeństwa. Raz odważyłem się na rozmowę z księdzem Wyszyńskim, który podczas Powstania Warszawskiego, był kapelanem wojskowym PAL-u (znów spotkaliśmy się we wspólnych szeregach). Sam zaczął mówić o żydowskim nieszczęściu. Zapytałem go dlaczego Kościół milczy, przecież i księża są prześladowani. Odpowiedział, że Kościół okazuje pomoc gdzie może. Wiele dzieci żydowskich jest w klasztorach. Nie miałem żadnych informacji na ten temat. Powiedziałem mu więc, że idzie mi o wpływy Kościoła na społeczeństwo polskie, aby ci, którzy wydają ukrywających się, czuli się wyklęci. Jest jakaś różnica między pomocą jednostkom, a postawą społeczną wobec całego problemu żydowskiego. I wśród uczniów słyszałem kiedyś powiedzenie: „Hitler zasłużył sobie na pomnik, bo wyzwolił Polskę od Żydów.” Słowa te wypowiedziane, a raczej powtórzone przez NSZ-owca nie natrafiły na odpór. Tylko stojąca obok Tinka powiedziała:

– Po Żydach przyszła kolej na nas. A Zamość?

Po takiej dyskusji czułem się zawsze nieswojo w nie swojej skórze. Siłą się powstrzymywałem, aby się nie wtrącić. Na szczęście takie rozmowy były bardzo rzadkie.

Źródło: Paweł Lew Marek, Na krawędzi życia, Kraków 2006

%d bloggers like this: