Morderstwo na dyrektorze szkoły

Henryk Glapiński ps. "Klinga"

Henryk Glapiński ps. „Klinga”

Dyrektorem mojej szkoły był Andrzej Chodura. Szkoła powstała pod koniec lutego 1945 roku. Klasy przepełnione, w izbach lekcyjnych zimno. Wiek uczniów od 15 do 25 lat, a nawet 30 lat w II klasie gimnazjum. Niektórzy przychodzili na zajęcia z rewolwerami. Dawni partyzanci lub tacy, którzy chcieli innym, młodszym zaimponować. A broni było wówczas pod dostatkiem… Po szkole rozeszła się wieść: dyrektor to komunista, PPR-owiec. Większość z nas wiadomość o partyjnej przynależności dyrektora przyjęła wrogo. Jakimś kamieniem ciążyły wyobrażenia o komunistach, nabyte jeszcze z lat przedwojennych. Gotowi byliśmy im przypisać wszystko najgorsze. A jednak…

Dzień był pochmurny, marcowy. Na placu za szkołą zebrali się wszyscy uczniowie. Czworobok, choć nierówny, stał jakoś. Powoli wychodzili nauczyciele. Stawali w środku, podnosząc kołnierze wytartych kurtek, bo wiatr przenikliwy dawał się we znaki. My staliśmy w niemym oczekiwaniu. Miał przemawiać dyrektor. Dotychczas niewielu słyszało go. Ciągle zagoniony targowaniem się o każdy stół, tablicę, nie miał zbyt wiele czasu na rozmowy z uczniami. A jeszcze z młodszymi klasami… Wyszedł wreszcie. Raczej wysoki, chudy, łysy z wąsikiem w wojskowym mundurze i płaszczu, w butach z cholewami. Bez dłuższych wstępów zaczął mówić o Polsce, o potrzebie pilności w nauce, o możliwościach, jakie otworzyła przed młodzieżą nowa władza. Słowa jego były proste, zwięzłe, ale jakieś bliskie, zrozumiałe, konkretne, bo przecież o naszą przyszłość z nich płynęła największa troska.

Słuchaliśmy w milczeniu. Nawet apel o pomoc rodziców, których stać na to, dla szkoły, organizującej się przecież z niczego, został przez ogół przyjęty ze zrozumieniem i aprobatą…

…Kiedyś, chyba na początku 1946 roku, dyrektor zebrał kilku uczniów. Mówił o potrzebie założenia w szkole młodzieżowej organizacji. Powstało szkolne koło ZWM. Te „wywrotowe” poczynania dyrektora coraz bardziej nie podobały się działaczom […] podziemia. Może i w szkole byli członkowie […], którzy donosili swym władzom, o wzrastającym z dnia na dzień autorytecie dyrektora–komunisty?

Postanowili położyć kres tym wpływom. Chodura zaczął dostawać anonimy. Nakazywano mu w nich opuszczenie szkoły. Ani myślał zastosować się do tych „rad”. Przecież sercem całym związany był z nami, z młodzieżą, którą chciał dla Polski nowej wychowywać.

5 kwietnia 1946 roku dzień był pogodny. Czuło się powiew nadchodzącej wiosny. Przed szkołą gromadka uczniów wyglądała jakoś dziwnie. Była za kilka minut ósma, a nikt się nie spieszył. Podchodzimy w kilku roześmiani, zadowoleni i nagle straszna szeptem podana wiadomość: dyrektora zabili.

Stanęliśmy jak wryci. Jak to? Przecież jeszcze wczoraj rozmawiał z nami na korytarzu,mówił o przygotowaniach
do obchodów robotniczego święta. Był wesoły, pewny siebie i jak zwykle serdeczny.

…A jednak to była prawda. Poprzedniego dnia wieczorem Chodura spotkał dawnego znajomego. Weszli do prywatnej restauracji aby uczcić jakoś spotkanie. Osobnik ów (okazało się potem, członek KWP, sam „Klinga”) przedstawił się, że pracuje w Ministerstwie Przemysłu. Chodura uwierzył. Wierzył zresztą w ludzi, w możliwości szybkiego awansu. Przy kolacji rozmawiali o sprawach nowej Polski, o pracy w szkole, do której dyrektor odnosił się z wielkim entuzjazmem.

Wyszli późnym wieczorem. Znajomy postanowił odprowadzić Chodurę do domu.

…Sucho trzasnęła w wieczornej ciszy seria z automatu. Chodura padł na ziemię. „Klinga” zniknął w ciemnych uliczkach. Wyrok […] został wykonany. Andrzej Chodura zginął, bo był członkiem PPR. […] nie mogli mu darować, że on – przedwojenny oficer, który pięć i pół roku przesiedział w hitlerowskim oflagu – zabrał się z takim entuzjazmem do budowy Polski Ludowej, że wpajał jej młodym obywatelom miłość do ludzi pracy i nienawiść do wyzyskiwaczy,
że zdobył sobie serca młodzieży…

Potem był pogrzeb. Szli uczniowie wszystkich radomszczańskich szkół. Czerwone i biało-czerwone sztandary prowadziły trumnę na cmentarz. A tam nad grobem po przemówieniu zastępcy dyrektora Chodury – prof. Stanisława Sankowskiego i przedstawicieli partii, spazmatyczny szloch wyrwał się z wielu setek piersi. Cichy trzask karabinowych salw pożegnał na zawsze tego, którego z szeregów żyjących wyrwały zdradzieckie, wrogie kule.

Ale pozostał w sercach uczniów uśmiechnięty, szczery,życzliwy i serdeczny […].

(wspomnienie Józefa Woldana przedrukowane w piśmie „Ziemia Radomszczańska. Nasz Dom”, nr 4(8), kwiecień 2008, str. 5)

%d blogerów lubi to: