Nieudany zamach

Fragment książki Antoniego Hedy, dowódcy oddziałów partyzanckich ZWZ i AK na terenie okręgu kieleckiego i radomskiego, w okresie powojennym formacji niepodległościowych Ruch Oporu Armii Krajowej, DSZ, WiN i NIE. Antoni Heda, Wspomnienia Szarego, Warszawa 1991 (strony podane w nawiasach).

320px-JKRUK_2050807_Antoni_Heda-Szary(s. 161) Mimo przekazania kierownictwa w ręce „Judyma”, niełatwo było mi rozsrać się z podobwodem, z którym nadal utrzymywałem ożywione kontakty. Oprócz tych służbowych (oddział przecież przebywał na terenie podobwodu) utrzymywałem koleżeńskie stosunki z „Judymem”, „Sępem”, „Odwetem” i „Gradem”. Spotykaliśmy się najczęściej w jarmarczny dzień (poniedziałek) w Iłży, gdyż wtedy było najbezpieczniej.

(…)

Po przybyciu do miasta, „Krecika” pozostawiłem w furmance, a sam udałem się do narożnej restauracji, której właścicielką była znana z uczynności pani Siedlecka. Rozejrzawszy się po sali, w dyskretny sposób porozumiałem się z właścicielką lokalu, która – co już było w zwyczaju – odstąpiła mi swój prywatny pokoik. Oczekiwałem w nim na swoich przyjaciół. Nie zdążyłem jednak wypić jeszcze herbaty, kiedy nagle wpadła właścicielka i zawołała: „Panie Antoni, niech pan ucieka, najlepiej przez okno!” Nie zastanawiałem się ani chwili. W parę sekund znalazłem się na ciasnym podwórzu, przez parkan przeskoczyłem na następne i założywszy na siebie trzymany w ręku kożuch, przeszedłem bocznymi uliczkami do oczekującej mnie pod pocztą furmanki z „Krecikiem”. Na dany przezemnie znak, „Krecik” przygotował się do jazdy. Wskoczyłem na wóz i sam wziąłem lejce, popędziwszy konie do szybkiej jazdy. Na pytanie, co się stało, dlaczego ten pośpiech, powiedziałem, że sam nie wiem: kazano mi szybko uciekać, nie było czasu na wyjaśnienia. W czasie jazdy przygotowaliśmy pistolet maszynowy i broń krótką do ewentualnej obrony. Nie było jednak takiej potrzeby, żadnych podejrzanych ruchów nie zaobserwowaliśmy.

Przez Błaziny Dolne wjechaliśmy do lasów starachowickich i tu poczuliśmy się bezpieczni. Rozmowa się nam nie kleiła, bo o czym tu mówić, nie wiedząc co właściwie zaszło. Po kilku godzinach znaleźliśmy się w miejscu postoju oddziału, który grupami wracał z zajęć na obiad. „Krzyk” popatrzył na mnie zdziwiony, wiedział przecież, że nie zamierzałem wracać wieczorem. Kiedy mu powiedziałem co się stało – zaśmiał się mówiąc, że pani Siedlecka po prostu chciała się mnie jako niebezpiecznego gościa szybciej pozbyć. „Mogło i tak być” – zgodziłem się z nim żartobliwie.

(s. 162) W krótkim czasie znalazło się rozwiązanie zagadki, kiedy pojawił się u nas pchor. „Szczęk”. Razem z nim przyjechał jeszcze jeden podchorąży, Wacław Pryciak „Sokół” z Prędocina, który rok temu odmeldował się z podobwodu „Dolina”, udając się do Warszawy na studia do czynnej tam Wyższej Szkoły Wawelberga. Za moim zezwoleniem wstąpił tam do Narodowej Organizacji Wojskowej. Przybysz z Warszawy oświadczył mi z pewnym zakłopotaniem, że jest obecnie członkiem NSZ i złożył meldunek: w jego organizacji poszukiwano niedawno przewodnika po okolicach Iłży i Starachowic, przygotowywano bowiem zamach na jakiegoś działającego tam komunistę. Zgłosiło się kilku ochotników, między innymi on. Wyprawa miała wyruszyć natychmiast. Nazwisko człowieka, na którego organizowano zamach, trzymano w tajemnicy, ale jemu udało się dowiedzieć, że chodzi o niejakiego „Szarego”. Kiedy to usłyszał, powiedział, że nie może natychmiast wyruszyć, gdyż ma jakieś ważne egzaminy, będzie do dyspozycji dopiero za tydzień. Zrezygnowano więc z jego usług, mając do dyspozycji innych ochotników. On wtedy natychmiast wyjechał, żeby mnie uprzedzić.

Kiedy to usłyszałem, poprosiłem „Sokoła” na rozmowę na osobności, chciałem się bowiem lepiej zorientować w realiach warszawskiej organizacji i w całej tej zaskakującej sytuacji. Czyżby w Warszawie zakładano na mnie sidła? Dopiero niedawno zakończyła się historia „Czerkiesa” w której i ja odegrałem pewną rolę, przeszkadzając gestapowcom w ich działaniach, a już zabierają się za mnie? Usłyszawszy tę przykrą i zadziwiającą historię związaną ze mną, rozmyślałem o tamtej historii „Czerkiesa” i robiłem analogie. Pchor. „Sokołowi”, który miał wracać zaraz do Warszawy nakazałem zbierać dane o organizacji do której należał i meldować mi.

W dwa dni później, wieczorem wybrałem się ponownie, tym razem na rowerze w towarzystwie „Lisa” do Iłży. Po drodze zatrzymałem się w Błazinach u Stasia Łęckiego „Bossa” i spotkałem się z moimi wywiadowcami w Iłży. Dowiedziałem się od nich o pojawieniu się nowego oddziału partyzanckiego w okolicy Osin, między Radomiem, a Starachowicami. Potem nastąpiło moje spotkanie z panią Siedlecką. Z wielką ciekawością wysłuchałem jej opowieści, przynoszącej częściowo rozwiązanie dręczącej mnie zagadki. Otóż wtedy, po moim wejściu do jej prywatnego pokoiku, pojawił się w restauracji leśniczy z Seredzic i zapytał, czy nie ma tutaj pana Hedy. Zanim zdążyła mu odpowiedzieć zobaczyła wchodzących tuż za nim dwóch uzbrojonych cywili: broń była widoczna spod płaszczy. Odpowiedziała więc krótko: „Był tutaj, ale wyszedł”. Wtedy leśniczy, a za chwilę i dwaj cywile przeszli do drugiej sali restauracyjnej, a ona wyskoczyła szybko, aby mnie ostrzec, domyślając się, że ci dwaj mogą być gestapowcami. Zapytałem ją, co było dalej, po moim oddaleniu się. Odpowiedziała, że dwaj cywile zażądali jedzenia i picia, a leśniczy obserwował uważnie salę i wejście do restauracji, nie zbliżając się do tamtej dwójki. Po jakimś czasie wyszedł, a tamci za nim. (s. 163) Pani Siedlecka wyjrzała za nimi i zauważyła, że za chwilę szli już razem ulicą Seredzicką. I dodała na zakończenie: „Czułam podskórnie, że mają złe zamiary w stosunku do pana”. Podziękowałem jej serdecznie za wszystko i o zmroku wyjechaliśmy z „Lisem” z miasta, trzymając cały czas broń w pogotowiu.

Przenocowaliśmy znowu w Błazinach u Stanisławów Stefańskich, w oddzielnym pokoiku. Nie mogłem jednak zasnąć, męczyły mnie różne myśli. Jak na razie rozumiałem tylko jedno: niechęć do mnie owego leśniczego. Ale żeby posuwać się aż do zdrady? – to nie mieściło się w głowie. Z leśniczym miałem nieprzyjemne zajście. Właśnie w tej miejscowości, w której teraz nocowałem otrzymałem skargę od ówczesnego drużynowego, pchor. „Bukowego”. Doniesiono mi, że leśniczy był w bardzo dobrych stosunkach z żandarmami, w związku z czym posiadał w domu oprócz dubeltówek, także sztucer, a poza tym obchodził się bardzo źle z robotnikami leśnymi, ludźmi, którzy zatrudniali się do tej pracy, ażeby uniknąć wywózki do Niemiec. Traktował ich jak niewolników, a raz posunął się do tego, że uderzył w twarz młodą niewiastę w ciąży. Jego postępowanie wywołało wielkie oburzenie w okolicy. Postanowiłem temu zaradzić, obiecałem to zresztą „Bukowemu”.

Przechodząc w pobliżu z oddziałem, podjechałem konno do leśniczówki, zabierając ze sobą (miał przecież broń!) drużynę pchor. „Lisa”. Wieczorną porą zapukano do okna i poproszono leśniczego, żeby wyszedł z domu. Uprzedziliśmy go jednocześnie, żeby nie próbował użyć broni, gdyż jest nas więcej. Długo trwało, zanim zdecydował się otworzyć i wyjść. Poprosiłem go wtedy poza ogrodzenie. Bał się, że chcemy go zastrzelić. Uspokoiłem go, że nie mamy takiego zamiaru, natomiast może się to zdarzyć, jeżeli będzie dalej tak postępować ze swoimi pracownikami. Zapytałem: „Dlaczego uderzył pan w twarz pracownicę w ciąży?” I wymieniłem jej nazwisko. Odparł, że za dużo pyskowała. „Bijąc ją uderzył pan podwójnie, bo dziecko w łonie matki czuje jej ból” – powiedziałem i zwróciłem się do „Lisa”: „Proszę pokazać temu panu, jak boli uderzenie zadane Polakowi ręką Polaka”. „Lis” natychmiast wymierzył leśniczemu cios w twarz, z lewej i prawej strony. Ogromnego wzrostu leśniczy zachwiał się na nogach. Kazałem zabrać z jego domu sztucer i ostrzegłem, żeby liczył się w przyszłości ze swoimi rodakami.

Przypomniałem sobie teraz to zdarzenie, lecz nie widziałem żadnego związku między nasłanymi na niego do restauracji pani Siedleckiej zamachowcami, a historią warszawską opowiedzianą mi przez „Sokoła”.

Nic z tego nie rozumiejąc postanowiłem zająć się rozpracowaniem oddziały, który pojawił się na terenie przylegającym do tego, na którym działał mój. Wysłałem w tym celu na rozpoznanie znajomą Wacława z WSK (Wojskowej Służby Kobiet), Jadzię Niwicką „Iskrę” wraz z jej koleżanką. Miały się znaleźć w pobliżu miejsca obozowiska tamtego oddziału, udając handlarki. Przez kilka dni nie miałem od nich wiadomości i już zacząłem się martwić. (164) Wreszcie Jadzia powróciła. Ustaliła, że oddział liczył od 60 do 80 żołnierzy, umundurowanych jak przedwojenne wojsko polskie, bardzo dobrze uzbrojonych w amerykańską broń i poruszających się konnymi wozami. Żołnierze byli bardzo młodzi, pochodzenie miejskiego, inteligentni, dowódcy w stopniach poruczników i kapitanów, wszyscy zaś nastawieni bardzo patriotycznie, zaczynający dzień od pieśni Kiedy ranne… i kończąc go Wszystkie nasze… Jadzia z koleżanką, zbudowane ich gościnnością, sugerowały mi, żebym sam się z nimi spotkał. O moim oddziale – zgodnie z ustaleniem – nic im nie wspomniały, natomiast dowiedziały się, że oni o mnie wiedzą i że chcą się ze mną (to znaczy z „Szarym”) połączyć.

Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej z innego źródła i w parę dni później zasygnalizowano mi, że jakiś oddział, właśnie z okolic Osin, przesuwa się w moim kierunku – w lasy seredzickie i do środka Puszczy Starachowickiej. Przyszedł mi wtedy na myśl ukraiński oddział, przebrany w polskie mundury, który zatrzymał się w miejscowości Zawały i po paru dniach gościny, po rozpracowaniu miejscowej ludności, doprowadził do spalenia i wymordowania jej. Przestałem więc wysyłać żołnierzy na ćwiczenia i nakazałem czujność. Wkrótce placówka wystawiona na linii strażowej głównej zasygnalizowała mi zbliżanie się owego oddziału. Wystawiłem dla wzmocnienia pluton „Lisa”, który zatrzymał nadciągające w pierwszych wozach ubezpieczenie przednie. Na pytanie kim są, usłyszałem, że jest to „oddział Armii Krajowej Gór Świętokrzyskich”, ale dowódcy nie chcieli ujawnić. Kiedy nalegaliśmy, wymienili jakiegoś majora „Burzę”. Nic nam to nie mówiło. Oni natomiast oświadczyli, że wiedzą, iż tutaj stacjonuje oddział „Szarego” i proszą żeby komendant „Szary” wyszedł im na spotkanie. Zaproponowałem wtedy, żeby w celu porozumienia się i uzgodnienia wspólnych zamiarów dwie osoby od nich weszły do naszego obozu. Nalegali dalej, żebym ja ich przywitał, gdyż znajdują się na terenie przeze mnie zajętym. Powtórzyłem swoją propozycję, oni znów jej nie przyjęli i po krótkim namyśle przemaszerowali linią strażową, w pogotowiu bojowym w kierunku Ostrowca. To mi dało trochę do myślenia. Cóż to był za oddział? Chłodny dreszcz mi przeszedł po plecach, kiedy uzmysłowiłem sobie, że znają miejsce naszego postoju, więc mogą nocą wrócić i uderzyć na nas.

Zarządziłem więc przesunięcie obozu na drugą stronę szosy Iłża-Starachowice.

Po tygodniu otrzymałem z okręgu – za pośrednictwem inspektora starachowickiego „Kosa” – rozkaz, żeby ów niezidentyfikowany oddział, kiedy będzie wracał w miarę możliwości rozbroić, a opornych wyciąć w pień. Przerzuciłem więc zasadniczą część oddziału na drugą stronę szosy, w miejsce poprzedniego obozowania i przygotowałem tam zasadzkę.

Wyczekiwanie i prowadzenie wywiadu trwało znowu około tygodnia. Nagle doszły do nas wiadomości wręcz przerażające. Otóż ten nierozpoznany oddział (165) pomaszerował na Powiśle za Ostrowiec, do leśnych okolic w Łysowodach. Mając wcześniejsze rozpoznanie, przeprowadził tam aresztowania, głównie wśród robotników leśnych, uchodzących za lewicowych, jakoby z GL. Na tych ludziach (około 17 osób) dokonano mordu, stosując dodatkowe tortury. Z wiadomości jakie do nas dotarły, wynikało, że był to oddział NSZ z dowódcą – kolaborantem „Tomem”, leśniczym spod Częstochowy. Sztab zaś tego oddziału – jak stwierdzono – przebywał w tym czasie w hotelu w Ostrowcu. Niestety zbrodniarze nie wracali przez nasz teren, gdzie czekaliśmy z zasadzką. Przemaszerowali w biały dzień, przez Skarżysko, a żandarmi i Wermacht przez ten czas pochowali się. Zaopatrzywszy się w żywność w nadleśnictwie i spółdzielniach przesunęli się do powiatu Opoczno. Żołnierze tego oddziału nie orientowali się w poczynaniach dowódcy i grupy morderców. Powoli jednak wiadomości te zaczęły do nich docierać. Kiedy zaś dostarczono do oddziału odpowiednie ulotki, zbuntowali się. Jeden pluton od razu uciekł, reszta domagała się wyjaśnień od dowództwa, komu właściwie służą. I wtedy dezerterowali również. Ostatni pluton znajdujący się już w całkowitym rozpadzie, w czasie snu wymordowała niemiecka żandarmeria. Renegat „Tom” został oskarżony przez sąd Armii Krajowej i skazany na śmierć. Jednak, jak mi wiadomo, zamach się nie powiódł. Został tylko ranny i wylizał się. Wycofał się z szefem radomskiego gestapo na Zachód. Podobno przeżył do naszych czasów.

Jeszcze kilka słów o owym leśniczym, który wydawał mnie zamachowcom. Należał do NOW, a po połączeniu się tej organizacji z AK pozostał w NSZ. Nie potrafił widać przeżyć poniżenia, jakiego doznał ode mnie w obecności moich żołnierzy i chciał się w taki sposób zemścić. Był w kontakcie z owym oddziałem, o którym była przed chwilą mowa. Przez siatkę organizacyjną doszedł do tego, kim jestem i wyśledził mnie potem w Iłży, co nie było trudne, gdyż znało mnie tam wielu ludzi. Upewniłem się, że gestapo szukało sposobu na zlikwidowanie mnie. Postanowiono użyć do tego „Toma”, który miał wyciągnąć mnie jakoby dla przywitania się ze mną. Dodać bowiem należy, że śledząc uważnie ruchy oddziałów partyzanckich, miało duże trudności z namiarami na mój oddział. Na jednej z oryginalnych niemieckich map naszego Districtu można było sprawdzić, że nawet bardzo małe oddziałki partyzanckie były na niej zaznaczone natomiast naszego nie było. Udało mi się bowem przez długi czas nie dopuścić do przeniknięcia do nas „wtyki”.

%d bloggers like this: