Wyderkowski: Słowik udał się pod Borów

Wyderkowski "Grab" - siedzi pierwszy z prawej

Wyderkowski „Grab” – siedzi pierwszy z prawej

„Słowik” więc nie podejrzewał niebezpieczeństwa, tymczasem wraz z towarzyszącymi mu dwoma partyzantami został z miejsca związany, jego oddział zaś otoczony przez od­dział „Zęba”. NSZ-owcy powiązali gwardzistów „Sło­wika” sznurami, po dwóch, po czym bestialsko wy­mordowali; wielu odcięto toporami głowy. Z całego oddziału uratowało się jedynie trzech partyzantów, z których jednym był „Kolka”. Udało mu się zbiec i, klucząc lasami, dotrzeć do nas, do Trzydnika.Od końca lipca przebywał z nami, w oddziale „Grzy­bowskiego”, „Ali” — Aleksander Szymański. Darzy­łem go sympatią od naszej pierwszej rozmowy w Trzydniku. Jego przybycie ucieszyło mnie. Rad byłem, że będę mógł podzielić się z nim swymi partyzanckimi wrażeniami. Wiedziałem, że mogę śmiało poprosić o wyjaśnienie wątpliwości i spraw niezbyt jeszcze jas­nych. Z „Alim” rozmawiało się świetnie — umiał zawsze tak dobrać argumenty, tak przystępnie, bez górnolotnych słów i wzniosłych haseł, naświetlić każ­de zagadnienie, że można było mówić o jego prawdzi­wym darze przekonywania. Jasnymi oczami patrzył zawsze otwarcie i szczerze w twarz rozmówcy.

Podziwiałem szczerze „Alego”. Ten czterdziestoletni mężczyzna miał za sobą bogatą przeszłość. Chłopski syn z Kraśnickiego, z Rzeczycy, dotarł aż na Warszaw­ski Uniwersytet, gdzie zetknął się z ruchem ludowym. Już w latach dwudziestych był aktywnym członkiem Niezależnej Partii Chłopskiej, potem współorganiza­torem i przewodniczącym Komitetu Wykonawczego Stowarzyszenia Akademickiej Młodzieży Ludowej. Uczyłem się od „Alego” patrzeć na wieś, na jej sprawy. Widziałem, z jakim zapałem oddawał się organizowa­niu dokształcania okolicznej młodzieży; jego to w zna­cznym stopniu staraniem powstała w Zakrzówku dwuletnia szkoła spółdzielcza. Jednocześnie — o czym mia­łem się dowiedzieć później — był „Ali” wieloletnim członkiem KPP, pracował w Komitecie Dzielnicowym w Kraśniku, a potem w Wydziale Rolnym Komitetu Centralnego Partii. Obecnie należał do wybitnych dzia­łaczy Polskiej Partii Robotniczej.

Teraz, gdy dotarła do nas wiadomość, że pragnie nawiązać z nami kontakt dowódca eneszetowskiego oddziału, major „Ząb” — Aleksander Zdanowicz, „Ali” był tym, który najlepiej z nas orientował się w progra­mie NSZ. Na Lubelszczyźnie działały cztery zasadnicze ugrupowania podziemne — Gwardia (Armia) Ludowa oraz: organizacja ludowa Bataliony Chłopskie, Armia Krajowa (powstała z dawnego Związku Walki Zbroj­nej) i reakcyjne Narodowe Siły Zbrojne. NSZ był najbardziej faszyzującym kierunkiem ruchu podziemnego.

Długo zastanawialiśmy się, czy propozycję rozmów z „Zębem” przyjąć. Nasz program był diametralnie różny od ich programu. Jednak w końcu zgodzono się na spotkanie, wychodząc z założenia, że każda rozmo­wa jest potrzebna i może przyczynić się do zawarcia porozumienia w sprawie teraz najistotniejszej — w sprawie prowadzenia walki z okupantem.

Wstępnie ustalono, że w rozmowie wezmą udział: „Ali”, „Grzybowski”, „Słowik”, ja i jeszcze dwóch to­warzyszy.
Zanim doszło do spotkania, niepokojące wieści o wy­czynach NSZ stają się coraz częstsze; podobno szy­kanują, a nawet mordują sympatyków i członków Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej. Posta­nowiliśmy więc i tę sprawę wyjaśnić i w jakiś sposób uregulować. W czasie kiedy toczy się wojna, kiedy wokół ginęli Polacy — ofiary konsekwentnie realizo­wanej polityki eksterminacyjnej wobec naszego na­rodu — pragnęliśmy za wszelką cenę uniknąć rozlewu krwi bratniej. Byli wśród nas nawet tacy, którym wprost w głowie się nie mieściło, że tu, pod okupacją, Polak może uważać drugiego Polaka za wroga.

W pierwszych dniach sierpnia udaliśmy się na spo­tkanie do Lasów Gościeradowskich. „Ząb” czekał już na nas w towarzystwie kilku swoich oficerów. Zdzi­wiło nas ich kompletne wojskowe umundurowanie oraz pełne — przysługujące oficerom — uzbrojenie. Nasi rozmówcy od początku starali się nas traktować z góry.

Majora „Zęba” przede wszystkim interesowało, jak zapatrujemy się na dalszą walkę z Niemcami, skoro w wyniku akcji dywersyjno-sabotażowych represjono­wana jest ludność cywilna.

Było to dosyć dziwne pytanie. Czyżby pan major nie widział postępowania Niemców w czasie, kiedy nie było jeszcze mowy o aktywnej działalności podziem­nej? Czyżby wysyłki na przymusowe roboty do Rzeszy lub budowa obozów koncentracyjnych były związane z naszą działalnością? Nasze działania to właśnie samo­obrona przed takim postępowaniem okupanta. Oburzyło nas takie stanowisko. Czyżby major „Ząb” sądził, że jeżeli zaniechamy działalności bojowej, to Niemcy przestaną stosować represje wobec miejscowej lud­ności, z obozów koncentracyjnych zostaną wypuszczeni niewinni więźniowie, że gospodarze nie będą więcej aresztowani i osadzani w obozach pracy za drobne przewinienia, za niewywiązywanie się z kontyngentów, choć nie mieli z czego ich dać? Niemcy od września 1939 roku stosują terror wobec Polaków i trudno uwierzyć, by zmienili swoje postępowanie, jeżeli my będziemy siedzieli cicho. Zresztą, czy nam się podoba, czy nie — jest wojna — ofiary są i będą. Jedynie walka, i to walka bez­pardonowa, obejmująca najszersze rzesze społeczeństwa, może przybliżyć koniec wojny, skrócić cierpie­nia, zmniejszyć ofiary ponoszone przez nasz naród! — odpowiedział w naszym imieniu „Ali”.

Drugą sprawą, którą poruszyli eneszetowcy, było nasze stanowisko wobec zbiegłych z niewoli niemiec­kiej żołnierzy Armii Czerwonej.

Dla nas było jasne: Związek Radziecki walczy z Niemcami w koalicji z Francją, Wielką Brytanią i Sta­nami Zjednoczonymi — także naszymi sojusznikami — wobec tego ocalenie każdego radzieckiego żołnierza traktowaliśmy jako sprawę zupełnie naturalną: postę­pując w ten sposób działamy przeciwko okupantowi. Uratowany przez nas żołnierz radziecki mógł albo wstąpić w nasze szeregi, albo udać się za Bug i tam walczyć w partyzantce radzieckiej. Traktowaliśmy wszystkich bez wyjątku żołnierzy znajdujących się w niemieckiej niewoli tak samo — jako swoich sprzy­mierzeńców, bez względu na to, czy jest to Francuz, Anglik, Belg, Norweg czy Rosjanin. Udzielamy i bę­dziemy udzielać im pomocy. Związek Radziecki walczy z Niemcami, a zatem jest naszym sprzymierzeńcem.

— Jak widać, mamy zupełnie inny pogląd na tę kwestię — przerwał „Alemu” major „Ząb”. — My uważamy Związek Radziecki, mimo że jest on w stanie wojny z Niemcami, za wroga Polski.

Przynajmniej otwarcie postawili sprawę, sprawę, która mało miała wspólnego z interesem Polski. Nie­trudno było wywnioskować, czyich interesów bronią Narodowe Siły Zbrojne. Ujawnili, w czym widzą przy­szłość Polski: w dworach szlacheckich i magnackich, w fabrykach w ręku kapitalistów, w ścisłym powiąza­niu całej reakcji. Ryngrafy z wizerunkiem Matki Bos­kiej, noszone ostentacyjnie na piersiach, były symbo­lem wykorzystywania przez nich do swej antynarodowej polityki nawet religii, co miało na celu wprowa­dzenie w błąd prostych ludzi.

My zaś przestaliśmy wierzyć w misję dziejową Pol­ski, jako przedmurza chrześcijaństwa. „Ząb” wytacza kolejny argument. Wspomina rok 1939 i ówczesne wkroczenie wojsk radzieckich na te­rytorium Polski.

— To argument pozornie tylko słuszny — odpowia­da „Ali”.

I dalej mówi, że jest przecież zasadnicza różnica między rokiem 1939 a 1943. Dziś nawet Sikorski czyni starania, aby skończyć z dawną wrogością wobec Zwią­zku Radzieckiego, gdyż ani nam, ani im nie daje to żadnych korzyści, wręcz odwrotnie — przynosi tylko szkody. Gdyby więc Związek Radziecki był wrogiem Polski, to nie zezwoliłby na organizację armii Andersa na swoim terytorium. A zresztą istotnym momentem naszych obecnych stosunków jest tocząca się wojna i to — kto z kim walczy. My jesteśmy święcie prze­konani, że jedynie w oparciu o Związek Radziecki możemy wywalczyć niepodległość. Nie ma żadnych przesłanek, by wierzyć Zachodowi. Czegoś nas ta woj­na przecież nauczyła. Musimy, jeżeli w ogóle chcemy istnieć, wyciągnąć właściwe wnioski z niedawnych wydarzeń.

Major zmienił temat widząc, że nas nie przekona: — Należymy do różnych podziemnych ugrupowań. Działamy na tym samym terenie. Nasze oddziały mogą się spotkać przypadkowo, aby więc uniknąć nieporo­zumienia, należałoby — naszym zdaniem — wymienić między sobą hasła. Jak się na to zapatrujecie?

Propozycja ze wszech miar słuszna. Nam również zależało, aby nie dochodziło do przypadkowej strze­laniny między różnymi oddziałami. Ale w trakcie tej rozmowy zrodziły się wątpliwości: w jaki sposób zostaną wykorzystane nasze hasła? Co będzie, jeżeli je przechwycą Niemcy? Należało się z tym, niestety, li­czyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że mimo wszystko od­działy eneszetowskie będą w lepszej od nas sytuacji. Po krótkiej naradzie wyraziliśmy zgodę — taka przypadkowa strzelanina mogłaby doprowadzić do za­ostrzenia się stosunków między nami i w konsekwencji do walki bratobójczej, a tego pragnęliśmy uniknąć za wszelką cenę. Ale już wkrótce mieliśmy się przekonać, jak słuszne były nasze obawy i wątpliwości.

Spotkanie, poza wyjaśnieniem stanowisk, nie wnio­sło właściwie nic nowego, nic, co wskazywałoby na zawarcie pewnego porozumienia w sprawie walki prze­ciwko okupantowi. Nasi rozmówcy nie tylko unikali tego tematu, lecz starali się i nas odwieść od walki.

W czasie naszej rozmowy z grupą majora „Zęba” znalazły się w pobliżu — zupełnie przypadkowo — trzy nasze oddziały partyzanckie. Ich dowódcy, dowie­dziawszy się, że w tej chwili odbywają się rozmowy z przedstawicielami NSZ, z własnej inicjatywy pod­ciągnęli swoje oddziały bliżej nas i zameldowali nam o przybyciu w Lasy Gościeradowskie. Ich nadejście pomogło — jak wykazały późniejsze wypadki — od­wrócić grożące nam niebezpieczeństwo: spotkanie pro­ponowane przez NSZ miało przypuszczalnie zupełnie inny cel niż wymiana poglądów. Major „Ząb” miał ze sobą doskonale uzbrojony oddział i kto wie, co mogło się stać?!… Nasze oddziały zjawiły się więc w samą porę.

Dziesiątego sierpnia wieczorem miałem wyruszyć w drogę i w godzinach nocnych dotrzeć do oddziału „Słowika”, znajdującego się od niedawna gdzieś w okolicy Borowa. Przed wyruszeniem do oddziału oma­wialiśmy z działaczami partyjnymi i członkami do­wództwa obwodu niektóre sprawy związane z dalszą działalnością dywersyjno-bojową. Nasze plany wiąza­liśmy z bronią, którą mieliśmy otrzymać ze zrzutu w ciągu najbliższych dni. Dużo sobie po niej obiecy­waliśmy. Byliśmy w dobrych nastrojach, pełni opty­mizmu. Oczyma wyobraźni widzieliśmy nowe, dobrze uzbrojone oddziały…

Wtem do izby wpadł syn gospodarza wołając, że chłopi prowadzą jakiegoś człowieka. Po chwili byli już w izbie. Prowadzony ledwo trzymał się na nogach, był nieludzko zmęczony, zakrwawiony, jego nogi po­krywało błoto zmieszane z krwią, koszulę miał w strzę­pach. Twarz wykrzywiał mu grymas bólu. Kiedy do­prowadzono go bliżej, zobaczyłem, że to „Kolka” — Rosjanin, partyzant z oddziału „Słowika”!

— „Kolka” — krzyknął ktoś z obecnych — co się stało?!
— Eneszetowcy wymordowali cały nasz oddział — z trudem wyszeptał „Kolka” i osunął się na podłogę. Zemdlał.

Jak grom z jasnego nieba spadła na nas ta wiado­mość. Staliśmy jak sparaliżowani, nie wierząc swoim uszom. Trzeba ratować człowieka… Gospodyni wniosła do izby miskę z ciepłą wodą i trochę czystych szmat. Ktoś podsunął zemdlonemu butelkę z samogonem. Po chwili „Kolka” odzyskał przytomność. Ułożyliśmy go na łóżku. Chłopak zupełnie się rozkleił. Znaliśmy go jako silnego, nie uginającego się przed trudnościami człowieka. Teraz dłuższy czas nie mógł pohamować łez. Kiedy zaś w końcu opanował się, z ust jego po­płynęła wstrząsająca opowieść…

„Słowik” wraz z dwudziestoma ośmioma ludźmi ze swego oddziału udał się pod Borów, gdzie miał odebrać zrzut broni. O ich przybyciu dowiedział się major „Ząb” i zaprosił „Słowika” do siebie. Było to w kilka dni po rozmowach gościeradowskich, „Słowik” więc nie podejrzewał niebezpieczeństwa, tymczasem wraz z towarzyszącymi mu dwoma partyzantami został z miejsca związany, jego oddział zaś otoczony przez od­dział „Zęba”. NSZ-owcy powiązali gwardzistów „Sło­wika” sznurami, po dwóch, po czym bestialsko wy­mordowali; wielu odcięto toporami głowy. Z całego oddziału uratowało się jedynie trzech partyzantów, z których jednym był „Kolka”. Udało mu się zbiec i, klucząc lasami, dotrzeć do nas, do Trzydnika.

To, o czym mówił, było straszne. Straszniejsze od tego, co wyprawiali z naszym narodem Niemcy. Po­dobne postępowanie ze strony okupanta nie zdziwiłoby nas, a to przecież Polacy…

— Bandyci — powiedział ktoś z pasją. — Jak oni mogli? Nie zapomnimy im tego nigdy.

Słuchałem wstrząśnięty. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że kiedy zaborca stosuje swój okrutny ter­ror, kiedy od salw plutonów egzekucyjnych giną nasi rodacy, kiedy oprawcy maltretują w obozach koncen­tracyjnych i w więzieniach naszych braci i siostry, w tym właśnie czasie znajdują się wśród nas Polacy, którzy mianując się ruchem oporu, walczącym w pod­ziemiu, prowadzą walkę bratobójczą. Jeszcze nikt nie słyszał o akcjach bojowych przeprowadzanych przez NSZ przeciwko Niemcom; natomiast — o zgrozo — mordują swoich rodaków tylko dlatego, że dzielą ich różnice w poglądach na przyszłe losy Polski.

Sprawa ta wymagała jak najrychlejszego uregulo­wania. Przede wszystkim został wydany rozkaz do­wódcy obwodu, „Mietka” — Mieczysława Moczara, który — piętnując morderców — kategorycznie jednak zabraniał stosowania odwetu. Dowódcom i członkom sztabów nakazywał, by w czasie poruszania się w te­renie i na postojach wykazywali czujność i organizo­wali stałą ochronę.

Podobne były dyrektywy Komitetu Centralnego PPR. I on w swym zarządzeniu nakazuje unikania walk bratobójczych, choć — precyzując oblicze re­akcji — również zaleca zachowanie czujności wobec tych grup.

W odezwie komitetu powiatowego do żołnierzy Armii Ludowej, do chłopów, robotników i inteligencji pracującej, czytaliśmy:

„Polacy!
Armia Ludowa unikała walki z pańskimi bandami, rozumiejąc, że dziś winniśmy wszyscy iść przeciw oku­pantowi, mordercy milionów Polaków, a sprawy ustro­ju zostawić na czas, gdy odzyskamy niepodległość. Któż nie rozumie dziś tego, że walka między Polakami idzie na rękę Niemcom. Na wszystkich konferencjach z oddziałami endeckimi to podkreślaliśmy, a także w piśmie skierowanym do nich mocno to podkreśla­my. Wszystko na nic. Usiłują zmusić nas do bratobój­czej wojny”… I dalej odezwa ta precyzuje jednak wy­raźnie, kto jest faktycznie naszym wrogiem, mówiąc, że są nim tylko ci oficerowie i panowie, którzy podniosą na nas bratobójczą broń…

Źródło:
Jan Wyderkowski „Grab”
Po wrześniu był lipiec
Iskry, Warszawa 1971

%d blogerów lubi to: